poniedziałek, 27 lipca 2015

8. Trzydziestolatki, samotność i gry.

Reszta niedzieli była smutna jak Tears in Heaven i Everybody Hurts. "Samotność to sucz" - myślała Natalia spacerując w strugach deszczu. Jest jak sadystyczna, wkurwiająca znajoma, która zjada ci wszystkich innych znajomych. Jak Wielkie Nic z Niekończącej się Opowieści, którego zimny oddech czuć na karku, a przerażająca bliskość delikatnie porusza gałązkami drzew. Trzydziestolatka już wie, jak pachną nie kończące się wieczory. Jak brzmi pulsująca cisza i pustka zalepiająca płuca. Wie, że musi się z nią zaprzyjaźnić, jeśli nie chce dostać kolejnego wpierdolu od niedorozwiniętego heteroseksualnego mężczyzny z Warszawy lat 25 - 40. Już mądrzej byłoby rozciąć sobie mostek tasakiem do mięsa, a potem wydłubać serce jakimkolwiek sztućcem dowolnym i dziubać  je tak długo, aż się stanie breja. I to by ciągle jeszcze było mądrzejsze, niż szukanie sobie towarzysza w tym śmietniku podrabianych charakterów. Niechby ten deszcz padał miesiącami, niechby zatopił to miasto z plastiku i pudru. Niechby pozwolił przeżyć zapewne kilku mężczyznom, bo kilku zapewne tylko umie pływać. Z tych kilku połowa pobiegłaby suszyć airmaxy, a połowa z reszty modelować brody, ale Natalia widziała oczami wyobraźni, jak jeden z nich poprawia włosy bez lustra.  Przeczesuje je ręką i nie wrzuca zdjęcia na facbooka. "To niewielkie wymagania" - skonstatowała w myślach, a potem zobaczyła w swoim różowym świecie jak jeden z jego kosmyków odkleja się od reszty, i wielka kropla deszczu ze spalinami skapuje prosto na jej policzek. Więc są już połączeni. W tym świecie pośpiechu i skrótów zaczyna się gra. On na nią patrzy, a ona już wszystko wie. Już zbudowała w głowie cały scenariusz jego zachowań, jego portret psychologiczny, trudny charakter i skrzywdzone serce. Karmi się swoją wyobraźnią, bo tylko ją ma. I czeka w zawieszeniu na koniec. Już go zna. "Zabij mnie - mówi do niego.- Chcę poczuć nareszcie to umieranie. " "Umieranie to nie gra" - mówi on, delikatnie wycierając z jej policzka tę kroplę - i już go nie ma. Połączenie utracone. Wszystko rozegrało się znów w dwa tygodnie. Żal jej znowu siebie, bo godzenie się z samotnością, to jak godzenie się z chorobą. Nie potrafi wciąż zrobić ostatniego kroku. Każdego dnia potyka się o wspomnienia. Na zużytych bateriach przechodzi ciągle te same levele w starym game boyu, choć już je zna na pamięć. Czeka na superkod, który przeniesie ją w całkiem inny świat. Ale kończą jej się życia. Cierpi smutek melodramatów zapatrzona w miasto. Szydzi z siebie, bo to przynosi ulgę. Plastik sobie wstrzykuje do żył, a wieczorami wymiotuje. Samotność w mieście. Niekończący się detox. Nie kończąca się gra.
- Kurwa, oczywiście musiała się burza rozpętać,  jak wracałam na skuterze. - Alicja w słuchawce starała się opanować poirytowanie.
- Nie bierz skutera, zawsze wtedy pada.
- No chyba tak. Kuuuurrrwaa! - zaklęła pod nosem.
- Big się odezwał.
- No co ty, bohater!
- "No co tam" - napisał. I to bez znaku zapytania.
- Co za frajer. Chce żebyś przyjechała.
- Wiadomo.
- I co?
- Wygram to. Totalnie już wiem, że to wygram.
- Kurwa, jak ja już mam dość tych gierek.
- Ja też. Ale go zniszczę.  
- I co ci to da?
- Spokój. Satysfakcję. Sprawiedliwość. Oczyszczenie. Siłę. Zajebiste artefakty.
- I co zrobisz potem?
- Potem wyrzucę jego numer. Wyrzucę wszystkie numery. Ostatni raz w sobotni wieczór przejadę przez miasto. I będę tak jechać, aż zobaczę morze. Sprzedam komputer i wszystkie moje gry. Będę wymiotować 3 miesiące. A potem zostanę tam, gdzie mój pies będzie szczęśliwy.


Trzydziestolatki. Królowe sprzeczności. Pełne oczekiwań i rozczarowań. Zagubione w czasie. Poszukujące i połamane. Ktoś im kiedyś pokazał Dirty Dancing. A potem Warszawę. Zmądrzały, zgłupiały, rozsypują się i zbierają po chodnikach.  Wspominają, jak nie było telefonów. Jak się pisało listy. Spóźnione i nie gotowe. Na wszystko i na nie wszystko. Gdzieś tam im jeszcze serca pod skorupą. Tlą się stare sny. Kolory lat dziewięćdziesiątych i zszarzałe zdjęcia.

- Masz czasem wrażenie, że to się wszystko nie dzieje? Że obudzimy się i pójdziemy do szkoły?
- Mam czasem nadzieję.





poniedziałek, 20 lipca 2015

7. Trzydziestolatki i bohaterowie Marvela.

Niedziela przywitała je glutem za oknem. Lepka szarość wlewała się do mieszkania niczym armie Mordoru. Natalia zajęczała przeciągle i głucho.
- Wiem, że nikt nigdy wcześniej nie wypowiedział tego zdania, ale chciałabym, żeby był już poniedziałek.
- Poniedziałek?!
- Niedziele są do umierania. Za to w poniedziałki dostaję zawsze kosmiczne darmowe doładowanie. Mogę sprzątać, biegać, pracować. Odwracam los, zarządzam wszechświatem, ratuję planetę. Jestem jak Ninja, jak Dragon Ball i Kapitan Planeta.
- Jezu kto?
Natalia westchnęła.
- Pięć miesięcy z Maxem i jego komiksami.
Alicja zachichroliła.
- Przecież nie musiałaś tego czytać.
- Nie czytałam! W środku były rysunki żółwi jedzących pizzę! Latającego gościa z młotkiem! Jakiś kolesi w kolorowych rajtuzach strzelających z oczu laserami! Dwa razy byłam na tym w kinie i za drugim razem się popłakałam. Tak mi było szkoda hajsu.
- Miałam to samo na randce z Rafałem. Poszliśmy najpierw do parku i tam były takie jakieś hopki i on przez dwie godziny jeździł po tym na desce. Absolutnie pękał z dumy oraz wymieniał się naklejkami na deskorolki z dzieciakami z gimnazjum. A potem zawlókł mnie do Pizzy Hut na festiwal pizzy, gdzie się zapychał tłustym serem, pokazując mi jakieś triki na You Tubie. Aż przyszło do płacenia i się okazało, że portfel ma ale nie ze sobą. Ale miał drobne więc uparł sie, że mi kupi loda. Nie miałam ochoty ani na lody, ani tym bardziej patrzeć jak on jeszcze coś wpierdala, ale się zaparł, że się zrewanżuje. Wzięłam dwie kulki żeby szybko zjeść, a on wziął siedem i już byłam na skraju rozpaczy, kiedy się okazało, że mu jednak tych drobnych nie wystarczy. Płakałam jak jadłam.
- I co?
- Standard, zapytał, czy mam okres. Do tej pory od niego nie odbieram. A co się stało z Maxem?
- Okazało się, że był Super Maxem. Z opowieści na opowieść coraz dalej odlatywał. Po kilkunastu historiach zaczęły mu się mylić własne supermoce. Już nie pamiętał, czy mi opowiadał, że jest najszybszy, czy największy. Czy najmądrzejszy, czy najfajniejszy. Czy najwięcej zaliczył, czy odrzucił. Czy najwięcej zarobił, czy wydał. Odleciał rakietą fantazji na planetę tępych cip, gdzie może błyszczeć jak Silver Surfer.

Trzydziestolatki zadumały się. Za oknem przetaczała się szarość zapadając im w serca ciężarem wszystkich nie wróżących znajomości. Trzydziestolatki wiedzą już, że deskorolki, komiksy i nie istniejący portfel są niczym magiczne symbole nieszczęść. Ostrzegają, odstraszają, a w sytuacjach skrajnej determinacji powinny kopać prądem. I żadna niedzielna szarość i pustka zalewająca mieszkania ciszą , martwotą i bezkresną plątaniną tęsknot i smutków, nie jest od nich straszniejsza. Gorzkie długie godziny, kiedy ludzie dorośli znikają na nie kończących się rodzinnych obiadach oraz popierdalaniu z wózkami po zoo i Łazienkach, nie jest warte romansu z kimś, komu rano trzeba dać na taksówkę.
- Muszę jechać do kotów. Dzięki za wczoraj. - Alicja niczym zlepiona niewidzialną siecią niemocy zaczęła zbierać swoje rzeczy - Do kogo zadzwonisz?
Natalia wzruszyła ramionami.
- Do nikogo z listy Marvela.






wtorek, 14 lipca 2015

6. Trzydziestolatki ZDĄŻĄ zrobić to dobrze.

W drodze ze sklepu pękły solone. I zielona cebulka. W windzie karbowane serowe.
- Nie czuję się dobrze - jęknęła Natalia zaglądając do siatki. - Bez sensu kupiłyśmy jeszcze to wino.
- Dobra, jutro niedziela, najwyżej będziemy zdychać.
- Ale ja chciałam nie zdychać raz w niedzielę.
- Obiad u rodziców?
- Nie. Nie dzwoniłam do nich od zeszłego weekendu, więc matka już jest na pewno obrażona.
- Musisz dzwonić codziennie?
- No właśnie nie wiem, co ile muszę, ale zawsze jak dzwonię, to jest już za późno.
- Moja sama dzwoni codziennie.
- No właśnie, to by się wydawało logiczne: chcesz pogadać, to zadzwoń. Ale nie dla mojej. Będzie 10 lat niedługo odkąd z nimi nie mieszkam i odkąd gramy w tę grę. Po rozmowie, przez jakieś 2 dni czuję spokój spełnionego obowiązku. Trzeciego dnia błogostan mija. Zaczynam czuć, że znów zbliża się TEN CZAS. Czwartego dłonie zaczynają mi drżeć, a piątego wiem, że już za późno. Wtedy nie dzwonię bo jestem w nerwach. - Natalia rozsiadła się na parapecie i zapatrzyła w noc. - A ona czeka. I obie tak się przetrzymujemy. Ja ze stresu, a ona na fochu.
- Moja chyba woli nie słuchać o moich problemach. Mogę zapalić?
Natalia od dawna ignorowała to pytanie.
- Wiesz co, my nawet mieszkając razem nie rozmawialiśmy za wiele. Ojciec odzywał się tak chętnie jak ja. A z matką to jednak zawsze był trochę strach, co z tej rozmowy wyniknie. Raczej nie jest osobą, która podejmuje dyskusje, bo jest z ciebie dumna i chce cię pochwalić.
- Moja ma prawdziwy dar. Zawsze zaczyna od jakiejś niepozornej przypowiastki i przechodzi w atak nieauważona jak pantera. Nigdy nie mogłam zrozumieć, jakim cudem znów przegapiłam moment, kiedy należało spierdalać do pokoju.
- U mnie, jak słyszeliśmy, że idzie po schodach, zrywaliśmy się z ojcem na wyścigi, kto pierwszy dopadnie zmywarkę i zaplusuje, że sprząta, gdy ona wejdzie.
- Mój za to zawsze siedział w garażu. Wracał dopiero gdy wszyscy poszli już spać.

Ostatnia paczka, fromage, poszła w ruch. Trzydziestolatki nigdy nie będą wystarczająco dorosłe, by kolegować się z matkami. Całą swoją mądrość i dojrzałość bowiem, dzień po dniu, zużywają na nie byciu takimi jak one. Nie nienawidzą ich już, gdyż nie mają siedemnastu lat. Co więcej, rozumieją je i rozgryzły już powody ich nie ukojonego nieszczęścia. Wiedzą, że ojcowie byli nędznymi mężami. Nie pomagali w kuchni, nie sprzątali, nie byli rozrywkowi ani spontaniczni. Nie zabierali ich w podróże, nie robili romantycznych niespodzianek, nie naprawiali zlewu, nie kupowali fajnych prezentów. Nie chodzili na wywiadówki, nie pomagali w zakupach. Nie prali, nie prasowali, nie gotowali, nawet nie wkładali naczyń do zlewu. Nie mieli wielkich marzeń. One miały. Ciągnęły na grzbietach dom i wór nie spełnionych ambicji. Przerwanych karier, nie odbytych podróży i nie wypowiedzianych żali. Niedoszłych romansów, nie skończonych planów i przerwanej młodości. W czasach, gdy mężczyźni nie tykali żadnych prac domowych, gdy w sklepach rzeczy były brzydkie i nikt nie słyszał o niani, czy psychologu, ich matki latami pielęgnowały w sobie frustracje. Trzydziestolatki znają już niewidoczne skurcze mięśni na ich twarzach. Znają szare powłóczyste spojrzenia, barwę rodzącego się w gardle krzyku i ciężar nie kończącej się ciszy. Pamiętają nie domknięte drzwi sypialni, zza których słychać niby nie słyszalne chlipanie i nie domknięte drzwi balkonowe, zza których czuć niby nie wyczuwalny dym papierosa. Wiedzą, że nigdy nie będą wystarczająco dobre, by nie dać pretekstu do pretensji wylewających się niczym niekończąca się lawa z wiecznie wściekłego wulkanu. Nigdy nie wypełnią pustki, i nie cofną czasu, by się urodzić w lepszym terminie. Mogą tylko zrobić wszystko inaczej. I bardzo chcą przestać czuć się winne.

- Ja dlatego nigdy nie zajdę w ciążę. Czasem myślę, ze mamy lepsze warunki do wychowywania dzieci, a czasem, że gorsze. I że pewnie tak samo bym sie darła na tego dzieciaka, albo jeszcze gorzej. - Alicja przestała dolewać sobie po pół kieliszka, a zaczęła po całym.
- Ciekawe, czy jak bym poznała moją matkę, jak była w moim wieku, to byśmy się polubiły.
- Jeśli moja zawsze urządzała takie piekło, to bym nie chciała jej znać nawet na fejsie.
- A może ja bym mojej odradziła wstępowanie w stan błogosławiony, zanim nie pospełnia swoich marzeń. I sama się nie zastanowi, czego chce. Co by o mnie nie mówić, ja się już bardzo długo zastanawiam. Może nie zdążę, jak mi ostatnio sugeruje reklama, ale może właśnie zdążę, w odpowiednim momencie.
- Ja to raczej faktycznie nie zdążę. Ale kariery chyba też nie zdążę.
Rozśmiały się.
- Spójrz na nas - Natalia nagle spoważniała. - Nie możemy cofnąć czasu i powiedzieć im tego wszystkiego. Moja by się popłakała i obraziła. A potem szlochałaby na mój widok jeszcze przez 5 lat, zastanawiając się na głos, gdzie popełniła błąd, wychowując mnie na osobę bez serca. Twoja dzwoniłaby codziennie o 7 rano, płacząc, żebyś przynajmniej ty nie zmarnowała sobie życia. Ale może to my jesteśmy tymi matkami, które jeszcze mogą wszystko zmienić. Może to właśnie sobie musimy powiedzieć to wszystko, co chciałybyśmy powiedzieć im.

Trzydziestolatki spojrzały na różowiejące niebo i 4 puste paczki po czipsach. To wszystko przecież dzieje się po coś. Mądrzejsze o kolejny wschód słońca i 2 kilo rakotwórczych kartofli z solą, nie skreśliły jeszcze swoich szans na posiadanie dzieci. Choć wiedzą już, że ta przedziwna relacja matki z córką jest trudniejsza niż wszystko, co do tej pory przeszły. Odkładają myślenie o tym, bo boją się bardziej niż 10 lat temu. Bo właśnie swoje matki coraz częściej widzą, gdy patrzą w lustro. Paradoksalnie pociesza je fakt, że wszyscy dotychczasowi byli, nie nadawali się na ojców. Wydaje im się więc, że uda im się zrobić wszystko inaczej. Że ZDĄŻĄ zrobić to dobrze.

czwartek, 9 lipca 2015

5. Trzydziestolatki i czipsy.

Natalia  zaparkowała pod domem i poczęła wysupływać z auta nie kończące się siatki z warzywami. Oczywiście, że weźmie je wszystkie na raz. A potem szlag ją trafi, gdy pod drzwiami zacznie szukać kluczy, a siaty porozrywają jej stawy. Oczywiście, że chciała kupić CZIPSY, ale oczywiście jest na to zbyt dojrzała. Pójdzie po nie do nocnego dopiero po 4tym drinku. A póki co pokroi marchewki. I wszystkie warzywa z warzywniaka. W mieszkaniu upał z psią sierścią. I jakieś takie zaniedbanie wyzierające z kątów. Natalia już wie, że nie zdąży. Dyszy jak buldog, kiedy zjawia się Alicja. Ta na szczęście też jest spocona i się świeci. I też nie zdążyła. Umyć włosów, pomalować paznokci, nic kupić, nic zrobić.
- To niesamowite, że są kobiety, które zdążają.
- Są?
- No są chyba. I to z mężodziećmi. I gotowaniem. Nasze matki na przykład.
- Ale to były inne czasy.
- Wolniejsze.
- Nie trzeba było robić kariery.
- Ani być wysportowanym.
- I nie było internetu. - Alicja otworzyła okno i zapaliła. - Mogę zapalić?
Natalia wywróciła oczami i sięgnęła po paczkę, po którą planowała nie sięgać.
- Zaprosiłam też Marikę - powiedziała - ale napisała, że się postara, więc pewnie jej nie będzie.
Trzydziestolatki nie wierzą już w "postaram się". Same tak piszą, gdy próbują kogoś spławić. Zaskakująco jednak wbrew logice, doświadczeniu, regulaminie zołzy i grawitacji, wierzą, kiedy to napisze facet. Czekanie, aż mężczyzna spełni jakąś obietnicę zajmuje im w życiu sporą część czasu.
- Otrząsnęłaś się już "z Biga"? - Alicja bezsensownie starała się wydmuchać dym przez okno, mimo iż Natalia paliła przy stole.
- Wiesz co, mój własny Big bardzo dba o to, żeby poziom frustracji nim nie pozwalał mi zbyt długo frustrować się innymi rzeczami.
- Widujecie się jeszcze?
- Widzieliśmy się dla podtrzymania mojego podjaru jego osobą.
- I co?
- To co zawsze.
- Cisza?
- Oczywiście. Najgorzej, że mój sms był ostatni, więc to on mnie teraz przetrzymuje, nie ja jego.
- To po co pisałaś?
- Odpowiedziałam tylko na jego smsa, w którym było pytanie! Czy nie zostawił u mnie bluzy.
- I co?
- I odpisałam jak należy, dopiero następnego dnia. Ale zamiast napisać nie, tak jak on by zrobił, to mnie poniosło i musiałam dodać, że miły wieczór.
- No ja za to się widziałam z Sebastianem. I Adamem, tym od cziłały.
- Po co się widujesz typem, który ma cziłałę? Przecież to musi być pojeb. I to nie w tym dobrym znaczeniu. To musi być albo pedał, albo opóźniony.
- No wiem, ta cziłała jeszcze podsikuje jak się podnieci. A chyba cały czas jest podniecona, bo tak podskakuje dziwnie i się trzęsie i jakoś przykuca nerwowo i sika co chwilę. Ja kocham zwierzęta. Moje koty też sikają, ale dlatego że są chore! I nie kumam jak można spać w łóżku z czymś co ci leje w kołdrę.
- A Sebastian?
- No Sebastian się stara bardzo. Aż mi głupio, bo ciągle zapominam mu odpisać. A on mnie szturmuje całym pakietem dostępnych środków. Dzwoni, nagrywa się, pisze smsy, pisze na FB. A ostatnio dostałam od niego zaczepkę.
- Zaczepkę? - Natalia parsknęła - kto jeszcze używa zaczepek? Ile on ma lat?
- No jest taki trochę opóźniony. Najgorsze są te jego koszule. Kurwa, nie mogę. Za każdym razem ma taką samą, w odrobinę inną kratkę. I za każdym razem to jest koszula z krótkim rękawem.
- O fak!
- No wiem. Musze jakoś się z tego wyplątać. Nie odpisywanie go tylko pobudziło. Jest jak ta jego cziłała, boję się, że też już robi w gacie.
- Efekt naturalnej zołzy. Gdzie są normalni faceci?
- Gdzieś siedzą pokitrani. 
- Boją się silikonowego tajfunu.
- Albo wszyscy już zostali upolowani i zaobrączkowani. Lub uwiązani potomstwem. Sama wiesz najlepiej, co pozostało, bo sama też to przerzucasz od 2 lat.
- Albo cwaniak, albo niedorozwinięty. Jak ładny to pusty. Jak bogaty to bezczelny. Jak starszy, to zawsze jakiś leniwy dziad.  Jak młodszy, to ma siłę się popisywać przez całą dobę.
- Artysta narcyz. I biedak.
- Jak jakiś mądrzejszy to zawsze fleja.
- Może my jakoś źle szukamy?
- Moim zdaniem w GOPRze trzeba poszukać. Faceci którzy chodzą po górach i ratują ludzi, muszą być męscy i mieć coś w głowach. Trzeba by było po górach się rozejrzeć. Tam są jakieś może surowe warunki i faceci mają poważniejsze problemy, niż która czapka pasuje do butów. Może tam nie dotarła jeszcze moda bycie ciotą.
- I co nie odezwiesz się już do Biga?
- Chciałabym nie. Ale on jak prawdziwy Big pojawia się zawsze, gdy już się z niego wyleczę. I ciągle mnie rujnuje.
- Bo dajesz się rujnować.
- Wiem. Jeśli nie zgodzisz się być czyimś podnóżkiem, nikt nie postawi ci buta na karku. To cytat, który napisałam mojemu pierwszemu chłopakowi na pocztówce z wakacji, gdy miałam 18 lat.
- Zrozumiał coś?
- Nie sądzę, żeby ją przeczytał. Strasznie był wtedy zajęty poznawaniem dużej liczby koleżanek. W sezonie wakacyjnym miał totalny zapierdol.
- Wiesz co jest najgorsze? Że to my całe życie uczymy się na błędach. Czytamy książki o różnicach między płciami. Jak porozumieć się z facetem. Co on myśli, kiedy do niego mówisz. Co myśli, kiedy mówi co innego. Kiedy nic nie myśli, i nie wolno mu przeszkadzać. Wiecznie zastanawiamy się, co poszło nie tak. W którym miejscu byłyśmy za dobre, a w których za wredne. Gdzie trzeba było lepiej coś rozegrać, a gdzie jednak być sobą. A oni nic nie robią. Odchodzą i nic się nie uczą. Myślisz, że kiedykolwiek pomyślą, że może jednak miałaś trochę racji? Że może nie trzeba było być aż takim chujem? 
- Wiesz co jest jeszcze gorsze? My się wcale nie uczymy na błędach. Ciągle popełniamy te same. Ty i ja. Wiecznie znajdujemy gdzieś lamusów i udajemy, że to Clooney i Gosling . Żyjemy przez chwilę iluzją, rozpaczliwie pragnąc poczuć szczęście, po czym dostajemy po dupie tak soczyście, że dwa miesiące nie da się usiąść.
Alicja zapatrzyła się w okno. Ta życiowa konstatacja wymagała jednak czegoś więcej.
- Czipsy masz?
- Nie, chodź pójdziemy kupić.

Trzydziestolatki wiedzą już, jakie błędy popełniają. Wiedzą, czego nie powinny robić po raz  sidemsetny, żeby nie obudzić się z kacem. Ale robią to, bo robiły to całe życie. Poszukiwały dla siebie małych przyjemności. Chwil zapomnienia.  Poczucia, że nic się tak naprawdę nie zmienia. Bo czipsy to tradycja. Lata melanży. Pałaszowania pod blokiem. Pod wódeczkę. Do piwa. Na grillach. Na wszystkich urodzinach. Obozach. Przy telewizji. Podczas nauki. Na wagarach. W tych pięknych czasach, kiedy człowiek nie wiedział jeszcze jak bardzo są niezdrowe, a tylko babcia wiedziała, że jest w nich AIDS. Bo faceci i czipsy są tak samo beznadziejnie niezdrowe. Niezmiennie powodują raka, cellulit i złamanie serca. Ale trzydziestolatki są w stanie pójść w nocy po czipsy, jeśli tego wymaga sytuacja. I zjeść ich na tyle dużo, by rankiem mordowane wyrzutami sumienia obiecać że to był ostatni raz. Przecież kiedyś w końcu dokopią się do porządnego gościa, który wypełni ich życie taką radością, że wystarczą im marchewki.