wtorek, 11 sierpnia 2015

10. Trzydziestolatki i pożegnania.

- Muszę wyjechać. - Natalia zapala papierosa, chociaż przecież nie pali i spala siebie z wyrzutów sumienia. I czuje, że wszystko się rozpada. Świat się rozkleja z upału, wszystko płynie, rozmazuje się, wsiąka wszystko we wszystko. - Beznadziejnie jest.
- No wiem. - Alicja też czuje, że jest beznadziejnie. I boi się. Boi się, że jak będzie źle u jednej, to u drugiej będzie jeszcze gorzej. Że sie w końcu rozpadną we dwie, rozrzedzą tak bardzo, że znikną.  
Siadają na ławce. Powietrze drga z gorąca i one w środku drżą. Zajebiście śmieszne żarty z siebie samych jakoś im nie przychodzą do głowy. Dotarły do kolejnej ściany labiryntu nadziei i rozgoryczeń.
- Widziałam się z Kostkiem.
- Ten z żoną?
- Ten z żoną i dzieckiem.
- I co?
- Chyba zakończyłam tą znajomość. W ogóle zakończyłam ostatnio sporo znajomości. Spotkałam go przypadkiem, jak pchał wózek. Dzieciak beczał, a on się szarpał z własną bezradnością. Nie umiał go ani uspokoić, ani ignorować, tylko bredził coś o wzdęciach. I zobaczyłam te jego małe rączki fikuśne, którymi zawsze tyle gestykulował. A tu nagle wszystko mu z nich wypadało. I zamiast przytulić tą zasikaną kulkę nieszczęść, wykonywał wózkiem psychodeliczne zygzaki, które nawet mnie doprowadzały do mdłości.
- Niesamowite, jak faceci potrafią się sprzedać. Każdy jeden to król życia i mistrz wszechrzeczy. A potem zobaczysz ich przypadkiem w jakimś prozaicznym kontekście i okazuje się, że wszyscy są opóźnieni.
- Tak, mi kiedyś jeden uwielbiał opowiadać, jak mnie będzie ratował. Jak zginę w dżungli, to mnie znajdzie. Jak będę tonąć, wyrwie mnie z paszczy rekinom. Tak go ponosiła fantazja, że w końcu zaczął snuć wizję, jak mnie będzie na rękach nosił, jak mi coś urwie nogę.  Ale jak mi pękła opona, to ja się szarpałam z kołem, a on stał nade mną i mi czytał instrukcje.
- Ja też mam obiecaną gwiazdkę z nieba. A nawet cały gwiazdozbiór. Próbowałam negocjować, wymienienie gwiazdek na naczynia pędzące mleczną drogą do zmywarki, ale bez efektów. I co powiedziałaś Kostkowi?
- Że na wzdęcia jest Espunisan.  A potem jak siadłam w domu do komputera, to za jednym razem pożegnałam Cierpiącego Artystę, zmagającego się z bólem wszechświata codziennie w Planie B, najchętniej za moje pieniądze, które mi odda, gdy sprzeda obraz za sto tysięcy, bo tak go już wycenił, chociaż jeszcze nie zaczął malować. Pana Gawędziarza, który wszędzie był i wszystkich zna i faktycznie się ciągle gdzieś oznacza, aczkolwiek na obiecaną podróż śladami dzikich plemion Trynidadu przestałam już liczyć, bo jakoś mam wrażenie że bardziej interesuje go podróż śladami warszawskich wywłok. Pana Nieśmiałego, któremu pół roku chciało się płodzić opowieści o swoim strachu przed dzisiejszymi kobietami, które budzą w nim wstręt głęboki i odrazę tak wielką, iż niemalże z domu czubka nosa nie wystawia, kontaktując się jedynie ze mną, jako z ostatnią wartą tego na tej planecie, powierniczką przemyśleń jego najgłębszych, które kiedyś spisze i wyda, niczym Biblię dla Straceńców. Raz jedyny tylko zabrakło mu przemyśleń, kiedy wytoczył się na mnie z klubu obwieszony ze stron trzech żywymi reklamami sylikonu. Od tamtej pory przyjął sobie za punkt honoru przekonać mnie, że panie te odurzyły go czymś, a następnie porwały. Pana Mistera Warszawskich Siłowni pożegnałam również z całą serdecznością, życząc mu sukcesów w napinaniu, bo z ręką na sercu przyrzec mogę, że napinać to on się potrafi, a każdy powinien robić to, w czym jest najlepszy. Poradziłam mu też prenumeratę Nowości Farmaceutycznych, to się podpalił mocno do tego pomysłu i dziękował tak wylewnie, że aż zapomniał, że był obrażony, że czytałam kiedyś książkę w jego towarzystwie, co odebrał był wówczas jako zniewagę. Panu Bogatemu podziękowałam bardzo za bukiet stu dwudziestu róż, prezent nad wyraz praktyczny do trzydziestometrowego mieszkania, który na tydzień zablokował mi wannę, wraz z możliwością kąpieli, a z którego cieszyłabym się mimo to, gdyby nie poprzedzony został, a następnie nie następniony kilkoma tygodniami braku kontaktu, spowodowanego, jak się okazało delegacją, jak się okazało w Meksyku, jak się okazało z żoną. Za jednym więc razem pożegnałam też Pana Niezdecydowanego, który miesiącami zamęczał mnie dokładną inwentaryzacją wkurwiających drobiazgów, powodujących absolutną niemożność życia współ ze swoją narzeczoną, którą zostawiał raz w tygodniu, a która najwyraźniej wracała jak bumerang, gdyż rozmowy nasze toczyliśmy wiecznie w pełnej konspiracji, aż do ich ślubu, po którym zwierzył mi się, że ją zostawi. Z Panem Ryzykantem, którego pasją były nocne wyścigi motocyklowe, przed którymi lubił dzwonić do mnie, aby się pożegnać. I zapewnić mnie, że byłby ze mną, gdyby śmierć nie zaglądała mu w oczy. Oraz gdyby nie fakt, że cóż on może mi dać. Uznałam, że faktycznie niewiele. Pożegnałam kliku panów Na Gwałt Potrzebujących Logo, i chcących dogadać szczegóły zlecenia przy drinku. Pana Dwudziestolatka, który postanowił, że się ze mną ożeni, ale niestety w amoku chłopięcych wyznań, kiedy łzy z glutami mu płynęły po zarodkach wąsa, wyrwało mu się, że to zrobi za lat dziesięć, co jednak za chwilę sobie przekalkulował, dodając dziesięć do mojego wieku i szybko się poprawił na za rok. Jednakowoż cisza jaka zapadła między nami po tym wyznaniu, zdusiła nieco romantyczną atmosferę. Pożegnałam Dziada, który na zmianę pisał do mnie wiersze i proponował seks w ramach przyjacielskiej przysługi. Nie wiem czy zdawał sobie sprawę, że ja widzę jego garba. Aż wreszcie pożegnałam Pana Biga. I nad tym pożegnaniem się przez chwilę męczyłam, próbując być tak zimna i nieczuła, jak on. Co tylko uświadamiało mi bezcelowość moich starań, bo on się nigdy nie żegnał. Więc nie napisałam nic, choć najwięcej miałam do napisania.
- Łał. I jak się teraz czujesz?
- Lżej. I trochę samotnie. Chciałabym wyjechać z tego miasta. Z tego tygla, który każdy przyjezdny nazywa swoim. Każdy go zjada po kawałku i wypluwa.  A ja broczę w tych wymiocinach, usiłując przypomnieć sobie, co tu było piękne. Miasto marzeń, które nocami tętniło w moich żyłach. Miasto, w którym wiedziałam jak zamroczyć mózg, by przestać czuć. A potem długo czekałam na wyzdrowienie, ale nic się nie stało. Nic się nie dopełniło, nie wypełniło, nie nabrało sensu. Zatoczyłam koło. Patrzę znowu w niebo. Ciągle jeszcze jest cholernie nostalgiczne, a więc żyję. Na pograniczu kiczu, o czwartej nad ranem, wschody są moim pulsem. Oddzielają od siebie złe historie. To miasto również mnie zjadło i wypluło. Ale we śnie jestem znowu dobra.
Alicja spojrzała smutno przed siebie, a potem na przyjaciółkę. Trzydziestolatki wiedzą już, że życie ma mnóstwo odcieni. To prawda, że po burzy zawsze wychodzi słońce. Ale słońce lubi zachodzić, a burze wracają. Ciężko jest myśleć inaczej.
- Przeraża mnie rutyna. Identyczność i powtarzalność żyć. Śluby, rozwody i alimenty. Dzieci, chrzty i żłobki. Kredyty, etaty, lokaty, żakiety. Sztuczne usta, sztuczne cycki, sztuczne gesty. Iphony, anoreksje, depresje. Nad ranem zasuwam zasłony. Cofam się w czasie żeby zasnąć. Przypominam sobie miejsca, zapachy i twarze, które zabrał mi czas. Miłości, które minęły i słowa, które pozostały. Nie żałuję tych chwil, kiedy kochałam. Nie żałuję czasów, kiedy smutek krzyżował mnie w łóżku. - Natalia robiła podsumowanie życia. - Jedyne czego żałuję to stracony czas na ludzi, których sobie wymyślałam. Kiedy samotność plątała mi zmysły, a ludzie w moich oczach szlachetnieli. Zaprosiłam do swojego życia zgraję nieudaczników, by mi rośli w sercu, by mnie ratowali. Z jednej dziurawej szalupy by mnie wciągali na drugą. Siebie mi żal. Za każdego moralnie skrzywiałego, zakompleksionego pokurcza, który soki wpuszczał w moje ciało i umysł. Za każdego, na którego mentalnej pustyni budowałam pałace. Może gdzieś tam z biegiem czasu się zrobiłam pewna siebie, może nabrałam dystansu, może tak jest zdrowiej, może łatwiej, może trudniej, może doroślej. Może na wszystko mam wytłumaczenie, że widać tak musiało się stać. Może już mi się nie chce wszystkiego tak przeżywać aż do kości. Ale kiedy się zakochuję, kiedy kocham, znów jak za dzieciaka, to się staje najważniejsze na świecie. I nie ma wtedy większego strachu. On mi wypełnia każdą komórkę ciała, rozlewa się żyłami po ciele. Muszę stąd wyjechać. Muszę przestać się bać.

Wstały z ławki i powolnym krokiem ruszyły w stronę domu. Trzydziestolatki wiedzą już, że każdy kolejny plan wyjazdu, który nie dochodzi do skutku, jest jak małe katharsis. Jak czyszczenie okrężnicy. Po miesiącu znów zaczną jeść czipsy na zmianę z owsianką, podobnie jak wzniosłą samotność będą przegryzać chujowymi romansami. Ale w tej jednej chwili, kiedy mentalnie już wszystko popakowały w siatki i siateczki, a część z siateczek umieściły w śmietniku, w tej jednej chwili czują się wolne.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz